dream-big

DREAM BIG

Mój pierwszy raz trwał czternaście godzin. Zaczęliśmy o 3 w nocy, zmęczeni; w przerwie łyk gorącej czekolady z automatu. Było zimno. Nie zdjęłam nawet kurtki. Obok spał bezdomny, zbierał drobne do papierowego kubka. Wrzuciłam resztę miedzianych monet i nie wróciłam tam już nigdy więcej.

Mój pierwszy raz się nie liczył. Był przypadkowy. Nawet nic nie poczułam. 

A potem nagle zdarzyło się TO.

Zza otulonych zielonym dywanem pagórków, usianych mieniącym się w słońcu złotem zbóż łąk, zza upaćkanej paluchami szyby pociągu wyłonił się widok, który zatrzymał na chwilę mój czas. Miejsce, w którym czysta, błękitna tafla z wdziękiem stapia się z horyzontem w oddali, tworząc prostą, rozmytą linię. Ten spokój. Bezkres. Czujesz, że jesteś tu zupełnie kimś innym. Czujesz, że chce Ci się żyć, w zupełnie innym wymiarze. Oddychasz wolnością.

Odnalazłam wtedy siebie. I jak zwykle, zrozumiałam to za późno. 

O Gdańsku mogłabym napisać wiele, ale nic o nim nie wiem. Zakochałam się w tym mieście od pierwszego spaceru. Oczarował mnie swoimi malowniczymi kamienicami, uwiódł zapachem morza w jesienne popołudnie. Złościłam się na niego za stare tramwaje, które turkocą tak, jakby miały się za chwilę rozpaść, ale potem wpadłam już po uszy, kosztując wyśmienite naleśniki w Manekinie.

Nie robiłam żadnych zdjęć. Nie czytałam książek. Po prostu żyłam. Może tylko zajrzałam na chwilę do Wiśniewskiego – po szczyptę inspiracji i ukojenia. Nie pamiętam wiele. Wtedy liczyło się tylko tu i teraz – świadome bycie.

Nie robiłam wtedy nic ważnego, a jednak moje życie miało znacznie lepszą jakość niż teraz. Chyba tylko wtedy naprawdę żyłam.

Mam duże marzenia. I wszystkie spełnię. A wiesz, dlaczego? Bo wcale ich tak nie nazywam. To są moje cele. Zapisuję je na kartce i po kolei odhaczam każde z nich. Od lat żyję tak, jak lubię, bo wiem, że inaczej nie warto. Bo jutro może Cię już nie być. Bo możesz nie zdążyć, a z marzeń nie pozostanie nawet wspomnienie.

Nie widziałam Ratusza, Fontanny Neptuna ani Latarni Morskiej. Nie byłam nawet na Westerplatte. Serio, ja? Ale wtedy to nie było ważne. Nie liczyło się nic – tylko las, woda, przestrzeń, światła miasta nocą i głosy przechodniów na starówce. Tylko ja, J. i uśmiech dziecka, które w sobie nosiłam.

Byłam tam szczęśliwa.

I dziś wiem, że chcę tam wrócić. Może za pięć lat. Ale wrócę na pewno i na stałe. Żeby żyć. Żeby móc tam umrzeć, nie żałując, że umieram. Odejść z poczuciem spełnienia. Z poczuciem, że żyłam naprawdę i nie mam już żadnych marzeń.

 *

Życzę Wam szczęśliwego nowego 2015. A sobie, żebym za kilka lat mogła powiedzieć to samo, popijając ciepłą latte na tarasie z widokiem na fale Bałtyku.

Categories: Piórem pisane