woman-446711_1280

Codzienne odcienie szarości | Moje przemyślenia na temat Christiana Greya

Tydzień po światowej premierze dopadł i mnie. Ten głos. Musisz iść i zobaczyć. I nieważne, czy film był dobry czy zły, fabuła płytka czy zupełnie nierealna, nie chodzi nawet o poziom gry aktorskiej. Nie jestem fanką, a naprawdę chciałam obejrzeć. I chcę obejrzeć kolejne części. Z seansu wyszłam tylko z jedną myślą w głowie: Gdzie można dorwać takiego Grey’a?

Po książkę sięgnęłam stosunkowo niedawno i tylko dlatego, że miała być o seksie. Do końca udało mi się dobrnąć wyłącznie z ciekawości, bo choć miało być gorąco i perwersyjnie, nagle zrobiło się waniliowo i nudno. Jak w sypialniach miliionów kobiet, które oszalały na punkcie trylogii E.L. James. I właśnie dlatego oszalały. Myślę (a nawet jestem pewna), że jest to klucz do zrozumienia komercyjnego fenomenu tej pseudoliteratury i (nie bójmy się tego słowa) porażki kinematografii. Dziś wieczorem, popijając Somersby w jednym z tylnych rzędów sali kinowej, przypomniałam sobie o kilku luźnych przemyśleniach, które spisałam po lekturze 50 Shades of Grey (tłumaczenie zabija cały sens – przyp. aut.).


Rozumiem już, dlaczego amerykańscy strażacy odnotowali rekordową liczbę zgłoszeń pomocy kobiet przykutych kajdankami do kaloryferów we własnych sypialniach. One też chcą być spełnione seksualnie. Mają przewidywalnie nudne życie, męczący rutyną schemat dnia i dwuminutowy seks w jednej pozycji przy zgaszonym świetle. Prawdopodobnie nie wiedzą nawet, co to orgazm, a nazwy tych wszystkich przyrządów umilających zabawy BDSM poznały nocą przy blasku latarki, chowając pod kocem płonące szkarłatnym wstydem policzki. Nieznane fascynuje. One też chcą przeżyć coś takiego. Na poważnie. Która z nas nie chciałaby rozpaść się na milion kawałków po dziesięciosekundowych pieszczotach sutków? Przydałby mi się taki dopalacz rozkoszy – eksplodować wokół J. już po jednym jego pchnięciu, bo po dwóch on już kończy. Okej, śmieję się, ale dużo w tym prawdy.

Historia osobliwej relacji Anastasii Steele i pana Grey’a wyrosła na kanwie sagi Zmierzch i relikt fun-fiction wciąż da się wyczuć w sposobie przelania fabuły na kartki papieru. Idealizacja głównego bohatera i personalizacja jego wybranki. Brzmi znajomo? Pisałam wiele takich opowiadań o miłości naiwnej, pompatycznej i zupełnie nierealnej – z seksem, po którym zarwałoby się łóżko albo sąsiedzi zaczęli walić w ścianę. A takie rzeczy przecież nie zdarzają się w normalnym świecie zwykłych śmiertelników, prawda? Seks to dwuminutowa penetracja w pozycji klasycznej. Światło klasycznie zgaszone. Okej, znów się śmieję, ale zmierzam do tego, że każda kobieta marzy o tym, by czuć się dla faceta atrakcyjna w łóżku. By mężczyzna dostrzegł jej ciało, a nie tylko jego element, dotykał skórę i całował miejsca, o których ona nawet nie zdążyła pomyśleć, że mogą być całowane. Chciałaby, by on jej pragnął. Właśnie jej. By miał wzwód na samą myśl o jej miękkich włosach z wdziękiem opadających na nagie piersi. I nade wszystko chciałaby być wyjątkowa. Może nawet pierwsza, jedyna. Bo każda kobieta odczuwa potrzebę bycia kochaną.

Mimo początkowego sceptycyzmu wobec powieści, która zamiast na sensownej fabule opiera się na wplecionych w kilka luźno zebranych w jeden ciąg scen opisów sadomasochistycznego seksu i niechęci do wątpliwego talentu autorki (a raczej niewątpliwego jego braku), przebrnęłam przez wszystkie trzy tomy sagi o zabójczo olśniewającym miliarderze Christianie Grey’u. Naprawdę wciągnęła mnie ta książka. A wiecie, dlaczego? Bo sama taką napisałam. W głowie, gdy byłam niewyżytą nastolatką w gimnazjum – a dokładnie po prostu pragnęłam miłości. Bo ta historia wcale nie ma wiele wspólnego z porno – to po prostu romantyczna opowieść o miłości szarej myszki z nieziemsko przystojnym celebrytą, w której on zdobywa ją, a ona dzierży władzę nad nim. To proste. Każda kobieta marzy o takiej miłości, a na końcu każda i tak musi sobie ją wymyślić.

I naprawdę zaczęłam zakochiwać się w Christianie Grey’u. Snuć marzenia o tym, jakby to było, gdybym zamieniła zwykłego, szarego J., który czwarty dzień z rzędu wkłada ten sam przetarty T-shirt i codziennie zjada bułkę z pasztetową na bogatego, umięśnionego, zakochanego we mnie po uszy idealnego mężczyznę. Każda kobieta chciałaby mieć swojego Grey’a. I chyba zrobiłabym wszystko, żeby być taką, którą on zechce. Tylko że jedną rzecz o wszystkich Grey’ach tego świata nauczyłam się już w podstawówce – oni nie są wierni.

Categories: Lifestyle