rain-122691_1280

If one day speed kills me, do not cry, because I was smiling

Popijam kawę w lokalu jednej z sieciowych kawiarni. Po prostu siedzę, patrzę i myślę; co jakiś czas spoglądam za szybę. Ulica moknie w deszczu. Zawsze uwielbiałam tę przenośnię – kaprys pogody, świat płacze. Zawsze lubiłam świat w strugach łez, domy szare od smutku. Pogoda, która czyta moją duszę. Kap, kap, kap.

Wybaczcie, że dziś tak prosto, smutno, chaotycznie i oschle. Ten wpis to moja mała, prywatna żałoba.


Poznałam go, gdy miałam 9 lat. Niewinna i słodka dziewczynka, która nagle i przypadkiem wchodzi do świata brudnych mężczyzn i bezpruderyjnych suk. Podpatrywałam zakazany owoc jak zza szyby i uczyłam się czytać swoje emocje. Chciałam tego. Pociągały mnie szybkie samochody, adrenalina dudniąca w żyłach i brak zobowiązań. Od dnia, w którym go poznałam, nic nigdy nie było już takie samo, choć nie było w nim nic szczególnego. Sprawiał, że zawsze chciałam więcej.

Chyba najpierw zakochałam się w jego trampkach. Zwykłych, czarnych z białym czubkiem, które potem rokrocznie kupowałam na osiedlowym bazarku za 20 zeta i nosiłam do wszystkiego. Nawet do skórzanej ramoneski ze złotymi zamkami, zanim jeszcze blogerki modowe zaczęły łamać style w swoich setach i zanim w ogóle dowiedziałam się, że to jest ramoneska. Płakałam potem za tymi trampkami, gdy wrócił do policji i zamienił je na mundur. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, ze kiedyś schowam swoje do szafy, a na co dzień wkładać będę sukienkę i szpilki. Wtedy byłam jeszcze głupią małolatą.

Miał krótko ostrzyżone blond włosy i najbardziej seksowny typ dwudniowego zarostu na idealnie męskiej twarzy. Sztyletował zimnym, błękitnym spojrzeniem z iskierkami pasji. Był pierwszym facetem, którego pragnęłam pocałować i jednym z wielu, których nie mogłam. Typ złego chłopca, pociągający tajemniczą osobowością, nonszalancją i tym czymś – co się czuje, a co nie ma słów.

Nauczyłam się od niego sposobu chodzenia. Kręciłam biodrami na lekko ugiętych nogach, falując barkami na prawo i lewo. Przyjęłam męski styl stawiania kroków i odnalazłam siebie we wcieleniu chłopczycy. Od tego wszystko się zaczęło. Całe moje życie. Wtedy pierwszy raz nauczyłam się być sobą i słuchać serca.

Czekałam na niego kilka lat, a potem to już nie było to samo. Przestało mi zależeć. Może dorosłam? A może spowszedniało mi życie, za bardzo wciągnęłam się w rutynę i przestałam doceniać to, czego najbardziej brakuje nam dopiero, gdy to stracimy. Wracałam do niego z sentymentu, trochę z przyzwyczajenia, a trochę też przez te trampki. Ale dopiero teraz, kiedy już go nie ma i kiedy dałam sobie czas dla wspomnień, zrozumiałam, ile dla mnie znaczył i jak wiele zmienił.


Jestem świeżo po seansie Szybkich i wściekłych 7 i próbuję zebrać te myśli do kupy. To pierwszy dorosły film, który obejrzałam, a Paul Walker był pierwszym aktorem, w którym się zakochałam. Chociaż tak naprawdę chodziło o Briana O’Connera – bohatera, w którego się wcielił. Wiem, zwykły film, ale wiecie – pierwszych razów nigdy się nie zapomina. Paul Walker zginał na torze 30 listopada 2013 roku i do tej pory myślałam, że mnie to nie obchodzi. No bo przecież ludzie umierają każdego dnia, a on nie był wcale szczególny oprócz tego, ze zagrał w jakimś filmie, co zgarnia miliony za oceanem, a potem spłonął żywcem. Ale to nieprawda. Mam ochotę płakać jak ta ulica.

Fast & Furious to moja przygoda, która trwa, odkąd skończyłam 9 lat. Całe 13 lat fascynacji szybkimi furami zbudowało osobę, jaką byłam. Najpierw byli szybcy, potem trochę bardziej wściekli, aż w końcu stali się spektakularni i widowiskowi. Przeskakiwali autem z jednego wieżowca w Abu Zabi na drugi, rozbijając przy tym kilka szyb i żadnej głowy. Dali mi napięcie, piękny show i świetny efekt finalny. I potwierdzenie mojej teorii, że ilość bielizny na aktorkach maleje wraz z upływem lat.

Udało mi się zakończyć tę przygodę tak, jak tego pragnęłam – samotnie, w kinowym fotelu, z czasem na kawę i spisanie ulotnych myśli po seansie. Nie wiedziałam tylko, że tak mnie to zaboli. Nie wiedziałam, że zanim zdążę wyciągnąć z torebki długopis, zaplamię notes kroplami łez kapiącymi gdzieś mimochodem z moich smutnych oczu. Nie wiedziałam, że ta tęsknota siedzi gdzieś głęboko we mnie. Ale od zawsze wiem, że zrozumienie przychodzi za późno.

Uwielbiałam to. Byłam częścią tego świata całą swoją młodość – od kiedy w telewizji zobaczyłam Briana O’Connera i wsunęłam na stopy czarno-białe trampki. Zawsze chciałam być bardziej chłopcem niż dziewczynką i zawsze przyjaźniłam się tylko z chłopakami. Potem piłam z nimi wódkę i gadałam o rzutach wolnych Pirlo do późnej nocy, zamiast malować paznokcie na piżama party. Lubiłam krztusić się adrenaliną i biec na krawędzi ryzyka. Urządzałam moje prywatne nielegalne wyścigi w swoim sercu – robiłam rzeczy, o których nie mogłam powiedzieć mamie i których teraz trochę się wstydzę. Ale nienawidziłam przegrywać. I odeszłam z tego świata jako najlepsza.

Czasem tęsknię. Bardzo często. Brakuje mi tego. Czuję się uwięziona w swoim wcieleniu i jedyne czego pragnę, to usiąść za kółkiem i wjechać w jakąś boczną uliczkę, zacząć od nowa życie bez zmartwień i odpowiedzialności. Rzucić kilka przekleństw od niechcenia i splunąć pod trampki. Być tą złą dziewczyną jeszcze raz.


Dopijam kawę i pakuję notes. Dziś mam na sobie białe sneackersy – stać mnie już na oryginalne najki i za dużo blogerek modowych oglądam. Wracam do domu, pachnącego ciastem drożdżowym i ciepłym mlekiem, które rozlał mój syn, bo niechcący szturchnął szklankę, ucząc się stawiać pierwsze kroki. Mam rodzinę. Kogoś, o kogo dbam i na kogo zawsze mogę liczyć. To, co najważniejsze. Bo nawet jeśli pociągają cię szybkie samochody i piękne dziewczyny, nawet jeśli tęsknisz za tym światem, jest coś o wiele bardziej wartościowego. Miejsce, do którego należy Twoje serce. Na zawsze.

I czasem wyciągam z szafy te trampki, ale zawsze już będę wracać do szpilek. Bo najważniejsza jest rodzina.

*

PS. Nie wiem, jakim człowiekiem był Paul Walker, ale każda śmierć porusza. A taka szczególnie. Samochód, którym jechał aktor, stanął w płomieniach, po tym jak uderzył w drzewo wskutek nadmiernej prędkości. Walker kolekcjonował auta i był pasjonatem wyścigów. Umarł robiąc to, co lubi. I nie przesadzę, jeśli powiem, że życzę sobie takiej śmierci. Nawet jutro. Jeśli tylko każdą z kolejnych 86400 sekund wycisnę jak cytrynę. Jeśli tylko wciąż będę pamiętać o tym, co kocham i nie przestanę gonić marzeń.

Bo jaki jest sens żyć, jeśli naprawdę nie żyjesz?

Categories: Bez kategorii

  • http://www.usmiechodrana.com Usmiech Od Rana

    Pięknie to napisałaś, aż miło się czytało…choć temat wpisu smutny. Najważniejsza jest rodzina, to prawda…