Dzień, w którym poczułam się jak księżniczka

Zawsze marzyłam o tym dniu, wiesz? Jako mała dziewczynka śniłam o przystojnym mężczyźnie, który będzie mnie mocno kochał. Myślałam, że znaczy to mniej więcej tyle: oświadczy się pod Wieżą Eiffla, a potem zabierze do ekskluzywnego pokoju w hotelu, gdzie stąpając boso po czerwonych płatkach z róż oświetlonych płomieniem świec na podłodze, popchnie na łóżko, całując.

Miałam w myślach założony scrapbook, w którym, jak Blair Waldorf z Gossip Girl, zaplanowałam suknię ślubną w balowym stylu i wiedziałam dokładnie, że tego dnia poczuję się jak księżniczka.

Dziś mam męża, który nie oświadczył mi się wcale w taki sposób, a na ślub włożyłam prostą suknię w stylu boho. Ten dzień dał mi dwie ważne lekcje:
1) Miłości nie mierzy się ilością wycieczek do Paryża
2) Nie potrzebujesz księcia, żeby poczuć się jak księżniczka


Widzę to każdego dnia. Związki, które rozpadają się przez niezrozumienie. Pary w restauracji, które większą czułością obdarzają homara na talerzu niż osobę, która siedzi obok przy stoliku. Małżeństwa, które ze sobą nie rozmawiają i te, które nawet nie udają, że wciąż nimi są. Widzę, jak blakną, usychają, umierają. W nich nie ma już cierpienia – tylko obojętność. Są puste, bezbarwne i wyzute z emocji. Wiesz, co je łączy? Wszystkie mają za sobą wycieczkę do Paryża i ckliwe zdjęcie pod Wieżą Eiffla.

Ale pozwoliły sobie o tym zapomnieć.

Bo zakochanie jest ulotne jak wspomnienie o nim. Ma w sobie moc, czar i rozkosz, ale potrafi szybko wyparować bez śladu. I to czasem nie jest tak, że wybraliśmy złego partnera, ale zapomnieliśmy, dlaczego wybraliśmy właśnie jego. Zapomnieliśmy te wszystkie dobre chwile, które dawały nam szczęście. To zupełnie tak, kiedy słyszysz w radio jakiś przebój, a potem non stop odpalasz ten utwór na YouTube i podśpiewujesz pod nosem na spacerach. Po jakimś czasie Ci się nudzi i po prostu przestajesz. Ale to przecież nie jest zły utwór – po prostu minął czas, kiedy miałaś na niego ochotę. Za kilka lat znów przypadkiem na niego trafisz i powrócą sentymenty, bo ta piosenka naprawdę Ci się kiedyś podobała. Bo w gruncie rzeczy małżeństwo jest jak słuchanie w kółko ciągle tego samego utworu. Po kilku latach naprawdę masz dość, ale przypomnij sobie, co czułaś, kiedy słuchałaś go po raz pierwszy w życiu.

Dlatego mam w pudełku pierwszą kartkę, którą dostałam od męża w pierwszą rocznicę naszej znajomości – bo zawsze, kiedy ją czytam, wiem, że wybrałam dobrze. Czasem muszę sobie tylko o tym przypomnieć.


I czasem naprawdę mi przykro, kiedy patrzę na pary, które nie nauczyły się ze sobą rozmawiać albo nie zauważyły w porę, że nie mają o czym. Albo na dziewczynę z piętra wyżej, która całowała się z facetem, bo wyglądał jak Tom Hardy, a teraz spędza samotne wieczory myśląc, ile dziewczyn on przeleci, mimo że ma już obrączkę na palcu. Albo na te wszystkie biedne dziewczyny, które wpakowały się w związek ze złych powodów.

Bo chciały być szczęśliwe.

I to mnie boli najbardziej. Bo miłość zbudowana na nieszczęściu posypie się jak domek z kart. To uczucie na niestabilnych fundamentach, nietrwałe, wyczerpujące z uzależnienia. To produkt miłościopodobny; marny substytut czegoś, na co naprawdę zasługujesz. Nie potrzebujesz nikogo, by zobaczyć w jego oczach swoją wartość; nie pozwalaj nikomu, by Ciebie definiował i potwierdzał, kim jesteś. Jeżeli szukasz mężczyzny, przy którym poczujesz się wyjątkowa i ubóstwiana, to jest zły mężczyzna dla Ciebie. Bo jedyną osobą, która może sprawić, że poczujesz się jak księżniczka, jesteś Ty sama, wiesz? Bo JESTEŚ księżniczką. Po prostu bądź tą osobą, jaką zawsze chciałaś być i myśl o sobie, że jesteś jeszcze lepsza. Najpierw poczuj się wyjątkowa, a potem się zakochaj.

Ja tak zrobiłam. Przez długie, samotne lata szlochałam nocą w poduszkę myśląc wciąż, dlaczego nikt mnie nie chce, co jest ze mną nie tak…? Pewnego dnia powiedziałam sobie zamiast tego: jesteś zajebista, a chłopakowi poznanemu później, że nie ma drugiej tak świetnej dziewczyny jak ja. I wiesz co? On do dzisiaj w to wierzy. Dziś jest moim mężem.


Nie znam recepty na miłość ani nie wiem, czym jest. Wiem tylko, że nie mogłabym być żoną żadnego z facetów, w których byłam dawniej zakochana. Nie mogłabym długo udawać, że jestem taka, jaką oni chcą, żebym była. Wyszłam za mąż za przyjaciela, przed którym zawsze byłam sobą, który zna każdą moją słabość, widział mnie w najgorszych chwilach i nadal chce ze mną być. Jest świetnym tatą, mamy wspólne hobby i dobry seks. Może kiedyś my też przestaniemy ze sobą rozmawiać, może nam też wyczerpie się pula wspólnego szczęścia. Pewnie kiedyś go zdradzę, bo w gruncie rzeczy nie cierpię wciąż słuchać tych samych piosenek. Ale wiem jedno: nie wyjdzie Ci ten związek, jeśli nie poczujesz się księżniczką, zanim on zabierze Cię do Paryża.